Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 260 651 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

RODZICE

niedziela, 19 sierpnia 2012 21:04

- Córciu to jeszcze nie wyrok. Będzie dobrze. Przyjeżdżaj do nas. Pomyślimy co dalej. Jedź ostrożnie.

 

-Tatuś, tylko nie mów mamie, sama jej powiem.

 

- Dobrze Córciu, będę czekał na Ciebie na dworze. Posiedzę na ławeczce i na Ciebie poczekam.

 

Spakowałam się w 5 minut. Jedyne miejsce na  świecie, gdzie zawsze czuję się bezpiecznie- dom rodziców. Musze znaleźć się tam jak najprędzej. Tam wszystko wydaje się prostsze i w ciekawszych barwach. Rodzinny dom potrafi zmniejszyć rozmiar każdego koszmaru.

 

Droga minęła bardzo szybko, w międzyczasie odebrałam telefon od siostry Heli, która w racjonalny sposób wytłumaczyła mi, że w tej chorobie głowa jest najważniejsza, zaoferowała pomoc  w każdej sytuacji i obiecała osobiście złoić tyłek, gdybym chciała choć przez chwile pomyśleć o możliwości negatywnego zakończenia walki ze znaleziskiem.

 

Mamcia też dzwoniła kilkakrotnie ( kolejna przedstawicielka słabej płci z silnie rozwiniętym instynktem macierzyńskim). Za każdym razem opowiadał jej inną bajkę: a to spotkanie z koleżanką , a to zakupy, wyników jeszcze nie ma itd.,




Zatrzymałam się pod domem. Tata już czekał. Wziął ode mnie w pośpiechu pakowana torbę z której wystawała nogawka spodni. Przytulił mnie na przywitanie. W milczeniu szliśmy po schodach. Po wejściu do mieszkania wyłoniła się mama. Na mój widok zaczęła płakać.

 

- Wiedziałam, wiedziałam ,że nie jest dobrze, czułam , że mnie oszukujesz…



-Mamciu będzie dobrze, nie płacz. Damy radę. Będę walczyć i się nie poddam.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (6) | dodaj komentarz

HELENA

niedziela, 19 sierpnia 2012 21:01

W drodze do mieszkania zastanawiałam się, czy powinnam właśnie teraz mówić o tym Helce. Rok do roku psułam im urlop. Moje życie układało się tak dziwnie, że ilekroć Helena opuszczała miasto, aby zaznać kilku dni odpoczynku od codziennych problemów i zmartwień – u mnie następował” największy kataklizm mego życia” i pojawiałam się u niej wyglądając jak kupa nieszczęścia . Zamiast na zażywaniu słońca i morza Hela spędzała czas na terapeutycznych
rozmowach ze mną i przekonywaniu mnie,że to jeszcze nie koniec świata i że  jestem wartościową babką. Czy to nie dziwne.. Zawsze miała dla mnie czas, zawsze wiedziała jak rozwiązać problem i zawsze umiała postawić mnie do pionu. Hela była moim aniołem stróżem, który odganiał wszelkie porażki i niepowodzenia. Ja nie mogłam pochwalić się takimi osiągnięciami w dyscyplinie zwanej przyjaźnią .Ja po prostu byłam…i tylko tyle.

 

Cóż, wiedziałam tez , że tylko Hela „ogarnie” temat i poradzi co zrobić, tylko ona może natchnąć mnie do walki. Oprócz dbania o moje sprawy Hela miała jeszcze jedną cechę (uważam, że to kwestia uczuć macierzyńskich, których ja z wiadomych względów nie mogłam mieć rozwiniętych tak dobrze jak ona) miała świetną intuicję. Gdy tylko podjechałam pod dom specjalisty  w telefonie odezwał się dźwięk smsma: ”Odebrałaś wyniki?”.Jak zwykle czuła, że coś jest nie w porządku.

 

Musiałam  do niej zadzwonić. Dla własnego zdrowia psychicznego muszę.  Wykręciłam jej numer.

 

- I jak tam Heluś odebrałaś te wyniki, jak tam?

 

-Odebrałam Hela. Przepraszam, ze znów psuje Wam urlop. Mam raka, wytną mi pierś. Buuuuu - wyłam w słuchawkę.

 

-Helciu przestań płakać. Przejdziemy przez  to razem. Damy radę. Zwyciężymy.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (3) | dodaj komentarz

PRACA

wtorek, 14 sierpnia 2012 23:12

Wsiadłam do samochodu, zapięłam pas. Ruszyłam. Zatrzymałam się po 20 metrach, łzy uniemożliwiały dalszą jazdę. Boże, co teraz? Jak będę żyć bez piersi. Jak powiedzieć to w pracy, rodzicom, Helce...Co ze mną będzie?

 

Dojechałam do firmy. Koleżanki wzrokiem dopytywały o diagnozę. Ciężko mi było wydusić to z siebie.

 

- Mam raka, odetną mi pierś, potem chemia i radioterapia…

 

- O Boże , tak mi przykro- wyszeptała Kaśka, a jej wielkie oczy napełniły się łzami.

 

Kaśka pracowała z nami od niedawna. Od kiedy się pojawiła w firmie zrobiło się jakoś tak serdecznie. Przeciwieństwo mnie. Zawsze uśmiechnięta i ta jej  anielska cierpliwość. Z zazdrością patrzyłam jak po raz dziesiąty tłumaczy kolegom tajniki wypełniania rozliczenia zaliczki.. Miałam wrażenie, że potrafi przekazać najgorsza wiadomość w taki sposób, że adresat odbierze to jak wygrana w totolotka. Mistrzyni łagodzenia każdego bólu.

 

Marta, moja druga koleżanka milczała, jednak jej oczy także błyszczały od łez. Widziałam, że to co usłyszała było dla trudne do przyjęcia . Marta to typ pomaczania mądrości , inteligencji i dobrego humoru. Pilna, pracowita , bardzo ambitna, a przez to bardzo krytycznie przyjmująca własne niedoskonałości, przynajmniej na polu zawodowym. Podobna do mnie- zawsze uważająca, ze mogła zrobić coś lepiej, dokładniej, szybciej. Dążenie do profesjonalizmu w wykonywaniu obowiązków nie raz zakończyło się bezsenną nocą, powrotem do firmy późnym popołudniem w poszukiwaniu wyimaginowanego błędu   lub też 8 godzinna "pracą"  w trakcie snu.

 

Obie zostały po pracy , wiedząc, że wrócę powiedzieć im o wynikach.

 

Niczym robot zajęłam się przekładaniem kolejnych dokumentów z kupki na kupkę, nie mogłam skupić się na tym co czytam, moje ruchy były tak nieskoordynowane, że kilka kwitów posypało się z biurka na podłogę. Podniosła je Kaśka.

- Kaśka, ja umrę- wyszeptałam i schowałam twarz w dłoniach- ja mam raka.

 

- Nie umrzesz- spokojnie powiedziała Kaśka przeciągając każdy z wyrazów- nie umrzesz i już. Jesteś młoda, silna, będziesz się leczyć i będziesz zdrowa.

 

Popatrzyłam na nią . Mówiła to z pełnym przekonaniem, na jej twarzy nie widziałam przerażenia. Musiałam jej uwierzyć, Kaśka nie potrafi kłamać.



Po chwili pojawił  się szef.

 

-I jak masz wyniki?

 

-Mam raka. Czeka mnie chemia, potem radioterapia i obetną mi pierś. I będę musiała iść na zwolnienie –wyrecytowałam stojąc prawie na baczność.

 

- Spokojnie, tym się nie martw. Najważniejsze jest twoje zdrowie, my poczekamy na Ciebie ile będzie trzeba, nawet rok lub dwa. Musisz walczyć, zwyciężyć, razem damy radę,  wierzę w Ciebie. Wyleczysz się i wrócisz. Jeśli czegoś potrzebujesz, jeśli mogę cos dla Ciebie zrobić…

 

- No niestety nie może Pan- Pan już jest żonaty- odpaliłam i po chwili wszyscy parsknęliśmy śmiechem- A tak na poważnie, potrzebuję paru dni wolnego, musze jechać powiedzieć rodzicom..

 

- Oczywiście, nie ma sprawy , jedź, wróć wtedy gdy będziesz mogła- my na Ciebie czekamy. Może ktoś ma Cię odwieźć, nie powinnaś prowadzić…

 

- Dam radę, nie poddam się Panie Dyrektorze, da Pan buzi?

 

- Ty jednak jesteś chora… ale na cos innego niż mówisz- szef roześmiał się , a potem przytulił mnie jak prawdziwy przyjaciel, gdy chce zabrać trochę cierpienia i bólu na swoje barki…wyszeptał: „Przejdziemy przez to razem , możesz na mnie liczyć, na nas wszystkich …”.



 



 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

WYNIK

wtorek, 14 sierpnia 2012 23:00

Jeszcze tego samego dnia , po wykonaniu biopsji znów pojawilam się w gabinecie specjalisty. Musialam dowiedzieć sie jak to wszystko działa, na co się czeka, co będzie jeśli okaże się , że znalezisko to po prostu rak.  Specjalista obejrzał moje przywiezione kwitki, pokiwal glową, wytłumaczył, że trzeba czekać i to zapewne dni 14, bo pomimo tego , że "na cito" to zazwyczaj i tak trwa to 14 dni i że jak będą wyniki to niezależnie od diagnozy wytniemy znalezisko, aby nie martwilo mnie ponownie. Na odchodne pogładził po dłoni i powiedzial to, co zazwyczaj mówi się w takim wypadku, a co niestety niekoniecznie się spełnia:"Będzie dobrze".

 

Dziesięć dni. Długie 10 dni. Przez pierwsze kilka sprawa wyniku i całych tych badań była głównym tematem wszelakich rozmów. "Będzie dobrze" - powtarzali wszyscy naokolo. "Będzie dobrze"- powtarzałam w głowie jak mantrę. Ale jakoś słabo w to wierzyłam. W głowie mialam wizję siebie bez piersi, bez kobiecości i bez sensu dalszego istnienia. w nocy śniły mi się koszmary wojny- zawsze mam te sny, gdy sie denerwuję. Za kazdym razem śni mi się to samo; stoję na wielkim polu, nade mną samoloty zrzucające bomby, a ja niczym Wilk z ręcznej  gierki elektronicznej, w którą  namiętnie gralam około 20 lat temu (ciocia przywiozła mi z ZSRR- gierka ta była przedmiotem zazdrości połowy mojej klasy i całego podwórka) odbracałm sie w prawo i lewo, w gorę i dół i łapię bomby w dłonie i wyrzucam je daleko za siebie. Bomby spadają coraz szybciej, a ja coraz szybciej je łapię, one spadają jeszcze szybciej, ja lapię i odrzycam je jeszcze szybciej, bomby przyspieszają, ja przyspieszam, aż w końcu budę się - spocona, z bijącym sercem  i zmęczona niczym po 3 godzinach fitnesu po rząd. Po takim śnie bolą mnie i nogi i ręcę... takie odchudzanie we śnie.

 

Po dziesiesięciu dniach i kilku nocach w okopach ;-) grzecznie pracowałam, gdy usłyszałm dźwięk smsa w telefonie.

 

- Hela odebralaś wyniki?

 

- Nie, weekend za pasem. Chcę jeszcze pożyć w spokoju te dwa dni.

 

Dziesięć minut później zadzwonił telefon.

 

- Hela , zadzwoniłam  za Ciebie, w końcu jestem upoważniona do informacji na temat Twojego zdrowia i mam wgląd w historię choroby, wyniku jeszcze nie ma . Będzie po weekendzie.

 

 

Ojojoj jak miło, dwa dni spokoju.
Weekend minął bardzo szybko, Helka z rodzinką wyjechała na urlop. Pogoda za oknem, jak za dotknięciem czarodziejskij różdżki, z deszczowej zmienila się w typowo lipcowy upał.  W niedzielne popołudnie, w trakcie przygotowań do powrotu do tygodniowej rzeczywistości, składającej się z pracy, angielskiego, pogoni celem załatwienia wielu spraw, dostałam od Helki smsma:” Chciałbym , abyś leżała na leżaku obok nas. Mam nadzieję, że kiedyś się to spełni”.

 

 Faktycznie, przez tyle lat znajomości nigdy nie spędzałyśmy razem urlopu. Ona co roku wyjeżdżała z rodzinką i znajomymi, ja  kilka wolnych dni traktowałam jak luksus na pozałatwianie zaległych spraw osobistych. Urlop był dla mnie zbędnym dodatkiem do pracy. Wtedy nie myślałam nawet, że jej pragnienie spełni się tak szybko.

 

 

Po weekendzie zadzwoniłam do specjalisty. Zrobiłam to w trakcie dnia pracy, nie liczyłam na to, że wynik już będzie, zrobiłam to raczej z poczucia przyzwoitości. Głos specjalisty był cichy :”Mam wyniki. Nie mam dla Pani dobrych wieści. Proszę przyjechać do mnie jak najszybciej”. Zamarłam. Trwało to może 30 sekund. Potem wróciłam do swoich obowiązków i do końca dnia pracy nie pomyślałam nawet o wynikach.

 

Specjalista przywitał mnie w drzwiach swojego gabinetu.

 

- Zapraszam do środka. Mam wyniki.Niestety. To złośliwy nowotwór. Będziemy walczyć.

 

- Czy stracę pierś?

 

-Tak, wykonają Pani mastectomię.

 

Dalej nic nie słyszałam.
Widziałam twarz specjalisty, poruszające się usta, nie mogłam jednak zidentyfikować głosek wydobywających się z jego gardła. Chciałam jak najszybciej opuścić gabinet. Chciałam znaleźć się sama, schować się w kącie i czekać , aż te złe wieści odejdą w niebyt. Podziękowałam i udałam się do wyjścia. Specjalista odprowadził mnie do drzwi . Za drzwiami znów zaczęłam rozróżniać wyrazy.

 

-Proszę dzwonić do mnie, jeśli będzie Pani chciała, aby jej cos wytłumaczyć, albo po prostu porozmawiać.. Proszę być dobrej myśli. Pozytywne myślenie jest tutaj bardzo ważne. Czy Pani pracuje? Będzie musiała pójść Pani na zwolnienie.

 

 

- Nie mogę, ja musze pracować.

 

 

- Proszę Pani to nowotwór. Będzie musiała pójść Pani na zwolnienie, a może czasowo nawet na rentę…

 

 

- To wykluczone, do widzenia.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

BIOPSJA

niedziela, 12 sierpnia 2012 19:28

Kolejne wyczekiwanie pod gabinetem. Kilka kobiet też czeka, zamyślonych, odrywających się od swoich czarnych myśli tylko na chwilę- gdy uchylają się przesuwne drzwi i po nazwisku kolejna z nich zapraszana jest do gabinetu. Potem znów zapadają się w świecie swoich przemyślen, obaw, modlitw o łagodny wyrok.

Znalazlyśmy z Helką wolne krzesla pod oknem. Siadamy. Na przeciwko uśmiechnięta starsza Pani rozmawia ze swoją córką- córka przerywa rozmowę , zarzuca dlugimi włosami i nasłuchuje, bo właśnie uchyliły się drzwi i zapraszają kolejną kobietę. To nie jej nazwisko. Dalej trzeba czekać.

-Helka, a jak to rak ? Lato  idzie, a ja bez piersi będę latać, utną i zadowoleni, a ja z protezką. Cudnie!

 

- Srak nie rak! Przestań gadać głupoty- Helka popukała się znacząco w czoło.

 

- Tak szybko nie utną. Na to też trzeba czekać- śmieje sie starsza Pani , a jej córka kiwa głową na znak , że całkowicie zgadza się z matką.

- Jak czekać? Przecież trzeba wszystko szybko robić?

 

- No trzeba, ale procedura jest długa, badania, komisja..

 

- Jaka komisja? Komisja w sprawie wycięcia piersi? A Pan i skąd to wie?  Pani ucieli?

 

- Ucięli- starsza Pani znów się uśmiecha -i trochę to trwało.

 

Jezu, to jakiś koszmar- nerwowo poruszam się na krzesełku.

 

- Boli? Ile się leży w szpitalu? A co z protezą? - wyrzucam z siebie pytania z prędkością karabinu maszynowego.

 

- Nie boli bo się śpi. A potem pięć dni i do domu.Ale Pani jeszcze nie wie, czy ma Pani raka, więc nie ma co się martwić. Młoda Pani jest.

 

- Miala Pani chemię? Wypadły Pani włosy?

 

- Nie mialam, mam klopoty z ciśnieniem więc mogli tylko wyciąć i tyle. To bylo w zeszłym roku. Teraz tylko robię badania kontrolne. Pani się nie martwi to tylko pierś, a jak ludzią nogi , ręce ucinają? To jest tragedia. A to tylko kawalek mięsnia.

 

Kawałek mięsnia? Toż to mój atrybut kobiecości, ja ma większość bluzek i sukienek z dekoltem. Dla mnie to powód do dumy- moje piękne piersi. Straszne to wszystko. Czyli piersi naprawdę się wycina, realnie. To nie jest jedynie materiał nadawany w publicznej telewizji. Ja siedzę naprzeciko kobiety, która nie ma piersi. Ona się uśmiecha tak dobrodusznie. Jak może uśmiechać się po tym, jak nie ma piersi , jak nie jest już kobietą. Ja bym zwariowała, gdybym usłyszala , że mam raka i że trzeba uciąć pierś. Mi to nie grozi. Nawet jeśli to złośliwy guz, to czytalam w necie, że wycina się tylko te powyżej 3 cm, w innym przypadku wykonuje się zabieg oszczędzający pierś. Nie ma co się bać. Wizja zeszpecenia piersi nie przeraża mnie już tak mocno jak podczas pierwszej wizyty w gabinecie specjalisty.

 

- Helka , ale dobra strona tego jest. Jak wytną będę mniej ważyć.

- Wariatka- ucina Helka.

- Tylko kilogram mniej , pierś waży około kilograma- wtrąca starsza Pani.

To mało-myslę sobie, moja pewnie ważyłaby jeszcze mniej, może pół kilo. Otworzyły sie drzwi gabinetu i wywołano moje nazwisko.

Gabinet jest dość ciemny, kilka osob porusza się w nim w różnych kierunkach.Rozbieram się, zgrabnie wieszam stanik na wieszak, jak ktoś wejdzie do gabinetui od razu zobaczy wiszący na wieszaku stanik..hehehe.Zaproszona na kozetkę kladę się grzecznie. Nade mną pochyla się uśmiechnięta Pani doktor,ładna, ma długie kręcone włosy,  żel , aparatura w dloni lekarki bada najpierw zdrową pierś, potem zmiana i natrafia na guz, wyraźnie prężący sie pod napietą skórą.Pani doktor zaczyna dyktować:

- W lewej piersi zabrodawkowo lito- torbielowata zmiana o długości 40 mm.

Zaczynam plakać. Pani doktor nadal bada pierś.

- Przewody mlekowe w normie, jamy pachowe wolne.

Płaczę już bardzo mocno, 40 mm, wiec wytną pierś, będę bez piersi, nie będę już kobietą. Jak ja będę żyć? Dlaczego ja?

- Co się dzieje ?- pytanie Pani doktor wyrywa mnie z mojego koszmaru.

- Pani doktor czyli wytną mi pierś? Czytalam, że powyżej 3 cm wycinają całą pierś. Nie zostawiają ani kawałka . Prawda Pani doktor, utną?

 

-Nieprawda, wielkośc nie zawsze ma znaczenie, to zależy od rodzaju nowotworu- proszę się nie denerowować.

 

Nie denerwować? Ale jak. Zaczynam sie modlić. No tak myslę, jak trwoga to do Boga. A jak uprawiałam sex bez ślubu, to jakoś do Boga z tym problem nie szłam. Ot natura ludzka.

 

-Nie wygląda to żle. Ale musimy sprawdzić. Zrobimy Pani biopsję gruboigłową, ściągniemy płyn, damy do badania, zbadamy też tkankę i weźmiemy wymaz z wycieku z sutka.

Potakującą kiwam glową, a Pani doktor jedną ręką obsługuje aparat, a drugą sprawnie wbija mi grubą idłe w miejsce znaleziska. I tak kilka razy. Wcale nie boli. Wymaz z sutka pobrany.

- Wyniki za 14 dni oznajmia asystenta i każe podpisać kartę zabiegu w kilku miejscach. Ręcę mi się trzęsą , podpisalam, ubieram stanik wiszący do tej pory na wieszaku. Nikt nie wszedl i nikogo jego "zwisanie" nie rozśmieszyło.  Pani doktor uśmiecha się.

- Zrobimy na cito, żeby się Pani tak długo nie denerowała, proszę odebrać za 10 dni.

 

 


Podziel się
oceń
1
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

środa, 26 lipca 2017

Licznik odwiedzin:  126 936  

Kalendarz

« sierpień »
pn wt śr cz pt sb nd
  0102030405
06070809101112
13141516171819
20212223242526
2728293031  

O moim bloogu

Codzienna walka ze "znaleziskiem"" , radosci i smutki, sukcesy i niepowodzenia :), powodzenia, przemyślenia i stany umysłu...

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 126936

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Favore.pl

Bloog.pl